Na jeziorze zatańczy niedobłysk miesiąca,
Pół wiatru w las uderzy, drugie pół w dolinę!
A ten, co nie chciał zemdleć od marzeń gorąca,
Wstąpi nagle pół-duszą w tych marzeń krainę.
On tu królem z wyboru! Czemuż tak niepewny?
Czy rdza berło mu zjadła? Wszak tu jego trony!
Zapragnie a na puszczy, piaskami strawionej,
Tryśnie ruczaj gwiazd łowca głębinami śpiewny!
Skinie a żar upojeń, mocniejszych od wina,
Rozpłonie w srebrze kości i w krwi jego złocie!
Szepnie a najpiękniejsza z umarłych dziewczyna
Zbudzi się, by go w tajnej kołysać pieszczocie...
Rozkaże a wzniesiony nad padoły senne
Taniec widm samowzlotnych serdeczny i hardy
Zdepcze stopą zuchwałą wraże, bezimienne,
Wzajem siebie w ciemnościach liczące miliardy!...
Lecz on nawet w marzeniu marzenia się wstydzi,
I dumny, że zaniedbał swych bogactw ogromy,
Choć go z dala olśniewa ich połysk widomy,
Udaje, że połysków takich niedowidzi...
Jego bujne ogrody, szumiące mu chwałę,
Zbyt dawno zapuszczone, a nie dość zaklęte,
Tracąc alej zawiłość i szumów ponętę,
Zapadają się w bagna, od westchnień nabrzmiałe!
Dość mu tylko rozkazać, zapragnąć lub skinąć,
By je zbawić! Lecz drwiący, zimniejszy od głazu,
Choć rozumie, jak ciężko rozszumiałym ginąć,
Milcząc, patrzy na klęskę! Nie daje rozkazu!...
Jednym jarzmo kochania, drugim nędzy brzemię,
A im tylko modlitwa dumne zgina karki!
Szept, z piersi wyzwolony, ulata nad ziemię,
Jak motyl, co pamięta, że wyszedł z poczwarki.
Lecz by z tłumem we wspólnym nie spotkać się niebie
I modlitwie samotnej ująć tego sromu,
Wyciągają rąk sploty daleko przed siebie,
Do boga, nie znanego zaiste! nikomu.
Najwyższy a pozornie najuboższy z bogów
Wzgardził tym, co widzialne, dostępne dla czasów
I nie stworzył pól szumnych, ni jezior, ni lasów,
I nie spoczął na zlocie ołtarznych barłogów!
Hufy konnych aniołów snu jego nie strzegą
Ni go poją kadzideł wonności i żary!
Nikt się nigdy zaprawdę! nie modlił do niego,
Nikt mu za nic dziękczynnej nie składał ofiary!
Tylko oni w modlitwie od wieków najpierwszej
Wzywają, aby zwolił w prześladowań święto
Zginąć śmiercią, co gałąź żywota zwichniętą
Krwawym kwieciem męczeństwa dostojnie zawierszy!
Trwożni nasłuchiwacze szmerów i półgłosów
Darmo się pochylają nad brzegiem otchłani!
Męczennicy, nadzieją ostatnią chłostani,
Nie mogą się doczekać należnych im stosów!...
Ale ów bóg, przed którym nie wszyscy są równi,
Widząc ich w całej bólów brzydocie i pięknie,
Pamięta, jak mu tęczą bywali wysnuwni
I jeżeli ma serce ono dla nich pęknie!