Z górskich szczytów lawina, Bogu czyniąc szkodę,
Strąciła w przepaść nizin Marcina Swobodę.
Spadał, czując, jak w ciele kość szaleje krucha,
I uderzył się o ziem ostatnią mgłą ducha.
Poniszczony śmiertelnie, chciał się z bólem wadzić,
Wokół bólu jął miazgę człowieczą gromadzić
Dłoń złamana w niej tkwiła, jak nóż w ciepłym chlebie!
To się ciułał, to trwonił...i tak pełzł przed siebie.
I z trudem bezkształtnego ciała rozwłóczyny
Doczołgały się wreszcie do stóp dziewczyny.
Wargami, zszarpanymi o skały i krzaki,
Szeptały własne imię pewno dla poznaki.
Bocząc się na pełzacza, w ogrodzie bielała.
"Nie strasz kwiatów ranami! Precz, kałużo ciała!
Odkrwaw mi się od stopy! Szukaj lęków w niebie!
Próżno szepcesz swe imię! Nie poznaję ciebie!" -
A Bóg z nieba zawołał: "Wstyd dziewczyno młoda!
Nie poznałaś? - Jam poznał! To - Marcin Swoboda!"
I pobladła dziewczyna i odrzekła: "Boże!
Już to ciało Marcinem dla mnie być nie może!..."
A Bóg otchłań do niego przybliżył mogilną,
Aby ciału ułatwić śmierć już bardzo pilną.
I biedne, przez dziewczynę nie poznane ciało,
Poszeptawszy swe imię, w otchłań się przelało.
Stuletni, w swej samotni,
Rymuje swoje zwrotki
We mgle, gdzie księżyca
Widne pół lica.
Pisze o kawalkadach,
O pradziadach i dziadach,
O dobru i złu miesięcznym.
O srebrze dźwięcznym.
O upiorach i czarach,
O zakochanych parach,
Po co ich schadzka o zmroku
I w którym roku...
O lutniach i fletniach,
O majach i kwietniach,
O westchnieniach nad ciszę
I o mnie pisze.
W noc, której sen się nie ima,
Wodzę ja za nim oczyma.
Noc mam ognistą u skroni
I piszę o nim.