Skrzeń tajemnica,
Rozzłoceń mus!
We mgle księżyca
Jarzy się mróz!
Okruchy śniegu
Siecią swych fal
Zasnuły w biegu
Bezbronną dal.
Gmatwając loty,
Tamując dech -
Obsiadły płoty,
Jak siwy mech.
Do szyb się garną,
Jak białe ćmy,
Tchnąc w izbę parną:
"To - my! To - my!"
Z karczmy, w zakrzepły
Rozwartej świat
Dym bucha ciepły,
I blask i czad!
Zaprzepaszczony
W ciemni bez dróg -
Drzewom przez szrony
Złoci się - Bóg.
Sad wśród topieli
Śniegowych głusz
W śmierci się bieli
Bez róż - bez zórz!
W swej pysze pawiej
Łez tłumiąc znój,
Wśród śnieżnych zawiej
Sen kroczy mój...
Módlmy się śród drzew
Za zdeptany wrzos -
Za przelaną krew,
Za zburzony los!
I za śmierć od kul -
I od byle rdzy!
I za cudzy ból -
I za własne łzy!
W znoju słońca mozolnie razem z ciszą dzwoni
Rozgrzanych płatków chrust.
Pocałunek sam siebie składa mi na skroni,
Sam - bez pomocy ust...
Z rozwalonej stodoły brzmi niebu przez szpary
Jaskółek płacz i śmiech -
Do pokoju, spłowiałe wzdymające kotary,
Wrywa się wiosenny dech!
Boże, coś pod mym oknem na czarną godzinę
Wonny rozkwiecił bez,
Przebacz, że wbrew Twej wiedzy i przed czasem ginę
Z woli mych własnych łez!...