O majowym poranku deszcz ciepły i przaśny
Trafia w liście na oślep - prawie bezhałaśny.
Krople, spadłe i kurzu pociągnięte błoną,
Podskakują na piachu i wzajem się chłoną
I wspólnie olbrzymiejąc, trwają same przez się,
Aż je ziemia powoli uszczupli i wessie.
Coraz mniej ich przybywa na drogi i łany.
Już wygładza się strumień, deszczem pręgowany,
Już zza chmur, rozpostartych na kształt kruczych skrzy
Słońce pęk wysztywnionych ku ziemi promideł
Rozwachlarza znienacka i przez wyzior w chmurze
Prześwitując, rozwidnia strojne brzozą wzgórze
I klin pola przygodny i pogrąża w złocie
Sad wiśniowy aż do dna wraz z wróblem na płocie,
Co, światłem zaskoczony, ćwierka wniebogłosy.
I łzy jeszcze niestałej i ruchliwej rosy
Skrzą się tłumnie, u liści zawieszone brzegu,
I wzdłuż cwałują resztą swego biegu.
Motyl, któremu skrzydła posklejał miód słodki,
Na bakier wpięty w kitę zachwianej tymotki,
Kołysze się cudownym oczom bezukryciu,
Znacząc jakiś świat w świecie, jakieś życie w życiu,
I coś sobie wyznają dwa milczące znoje,
Dwa szczęścia niepojęte - i jego i moje.
Stuletni, w swej samotni,
Rymuje swoje zwrotki
We mgle, gdzie księżyca
Widne pół lica.
Pisze o kawalkadach,
O pradziadach i dziadach,
O dobru i złu miesięcznym.
O srebrze dźwięcznym.
O upiorach i czarach,
O zakochanych parach,
Po co ich schadzka o zmroku
I w którym roku...
O lutniach i fletniach,
O majach i kwietniach,
O westchnieniach nad ciszę
I o mnie pisze.
W noc, której sen się nie ima,
Wodzę ja za nim oczyma.
Noc mam ognistą u skroni
I piszę o nim.